piątek, 2 stycznia 2015

Mój zespół jest tak fajny, że napiszę o nim posta na blogu, a na samym starcie, bo już w nagłówku, poinformuję o tym, że mój zespół jest tak fajny, że aż poinformuję o tym w nagłówku.


Zrobimy z tego postu taki tutorial dla ludzi, którzy chcieliby założyć własny zespół i profesjonalnie, albo hobbystycznie pójść w kierunku muzyki

Zastanawiałeś się kiedyś, drogi czytelniku, jak to jest jednocześnie posiadać plantacje trzciny cukrowej i numer do Charliego Sheena? Ja też nie, ale to dobrze, ponieważ nie ma to żadnego związku z tym o czym napiszę.
                                                        No, może poza Charliem Sheenem


Wyobraź sobie; wchodzisz na scenę i widzisz ludzi, po czym myślisz sobie "ojej, na kogóż to oni mogą czekać? Może też poczekam!", a wtedy uświadamiasz sobie, że jesteś super i że jednak nie musisz czekać, tylko możesz kazać innym własnie to zrobić.


Oczywiście to nie tak, że zakładasz sobie zespół, nagrywasz dwa razy swoją piękną buźkę, wrzucasz ją na youtube'a i od razu wychodzisz na scenę dla 100+ osób. Music Industry to cholernie pokomplikowana sprawa i mimo tego, że mój zespół jest taką rybką, której raczej jeszcze nie wyłowisz, ponieważ pływa sobie dużo niżej niż jakże popularny Lidlowy świąteczny karp to mogę śmiało coś o tym napisać, jako internetowy reprezentant (żeby nie skłamać) raczej najpopularniejszego local bandu zajmującego się muzyką powszechnie znaną jako "muzyka core'owa

Zaznaczam: LOCAL bandu, mającego swoje niewidzialne filie we właściwie większości miejsc w kraju (z lojalnymi, aczkolwiek nie najbardziej licznymi pracownkami)

Trzeba wziąć poprawkę na wszystko.
Na target do którego będziesz chciał dotrzeć.
Na image zespołu, przy czym zdecycowanie polecam tą opcję, która nie wymaga udawania i kreowania go na siłę. To po jakimś czasie wychodzi po prostu sztucznie. Nie ma co robić z siebie największego imprezowicza we wsi odpadając po dwóch Reddsach, tak jak i nie ma co robić z siebie Band Of Brothers znając członków zespołu z kilku imprez i pijanego stwierdzenia "załżżżżm zesppł"

Ludzie zajmujący się muzyką powszechnie znaną jako metal muszą liczyć się z tym, że tak czy siak zapewne wyprze ich fala mniej ambitnej muzyki pokroju Dawida "Garnier" K. ponieważ to się po prostu sprzedaje. Target to 9-13 lat może (w porywach), a takich w internecie sporo. Przy okazji właśnie owi użytkownicy robią w necie najwięcej, ponieważ dzień bez dziesięciu postów opisujących robienie porannej kupki raczej jest z góry wykluczony i skazany na niepowiedzenie.

Nie ma co zaczynać od kumania się z wytwórniami i prowadzenia zespołu skrajnie optymistycznymi marzeniami. Zespół, który nie przeszedł przez koncerty dla 10 osób i licznika wyświetleń nieprzekraczającego pięciuset nie ma prawa bytu. Nie ma co się tym zrażać. Marketing szeptany to najlepsza forma promocji. Dziesięć osób, które było na koncercie dzień później powie dwóm-trzem znajomym o tym, że na nim byli. Jeśli pochwalą się tym, że było w porządku, to na kojeny przyjdą właśnie z owymi dwoma-trzema kolegami/koleżankami. Wszystko działa jak tornado, które podczas procesu istnienia i przemieszczania się łapie ze sobą wszystko co ma w swoim zasięgu. Tak samo jest z fanami.

Piszę to nie po to, żeby przeczytali to twórcy zespółów właściwie. To znaczy po to też, ale głównie chodzi o to, żebyście (skoro juz tu jesteście) przybliżyli do swoich umysłów to przez co ja (a więc osoba na której blogu jesteście) musiałem przejść podczas ostatniego... całkiem długiego okresu, żeby móc stanąć na scenie przed stu dwudziestoma osobami bijąc frekwencyjny rekord w większości miesc, w których mieliśmy okazję zagrać (przynajmniej w naszej okolicy)

Kiedyś dokończę ta notkę. Straciłem wenę twórczą kin'of













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz